Typ: Kremy do twarzy
Typ: Sera do twarzy
Typ: Pielęgnacja oczu
Typ: Oleje do twarzy
Typ: Mgiełki i spraye
Typ: Odżywki do włosów
Typ: Szampony do włosów
Typ: Oleje i terapie do włosów
Typ: Pielęgnacja ciała
Święta idą! Uwielbiam je i prywatnie sobie wydłużam, przygotowując się do nich już od pierwszego grudnia. Bo pierniki i pierniczki, gorąca czekolada i herbaty z egzotycznymi przyprawami rozgrzewają w zimowe wieczory nie tylko ciało, ale i duszę! Podobnie jak równie aromatyczny, jak nasze grudniowe wypieki, indyjski świąteczny deser, którym częstuję przyjaciół podczas naszych grudniowych spotkań. Tak, tak – Azja towarzyszy mi nawet podczas Gwiazdki! Oto przepis, który przeniesie Was do Azji i wprowadzi w świąteczny klimat. SKŁADNIKI:80g masła klarowanego 125 g mąki z ciecierzycy 120 g cukru trzcinowego 25 g pistacji 1 łyżeczka zmielonego kardamonu Płatki kokosowe do posypania Mleko kokosowe do polania (opcjonalnie) WYKONANIE 10-12 KULEK: zmiel na proszek 120 g cukru trzcinowego posiekaj drobno 25 g pistacji, najlepiej lekko solonych (albo dodaj do zwykłych malutką szczyptę soli). rozgrzej na patelni 80 g masła klarowanego Kiedy masło będzie gorące, stale mieszając, powoli wsyp do niego 125 g przesianej mąki z ciecierzycy zmniejsz ogień i na malutkim mieszaj intensywnie całość, aż nieco się zagęści, a mąka nabierze orzechowego zapachu i złotego koloru. Nie zajmie ci to więcej niż kilka minut. zdejmij patelnię z ognia i do masy dodaj zmielony cukier trzcinowy i łyżeczkę kardamonu. Wymieszaj wszystko dobrze i ponownie postaw patelnię na kuchni, by całość lekko się podgrzała. Tylko ostrożnie, żeby cukier się nie skarmelizował, bo pączki wyjdą zbyt twarde! pistacje wymieszaj z ciastem i odstaw do lekkiego wystudzenia. To ten najtrudniejszy moment ;). Po kwadransie studzenia czas na formowanie kulek. nabieraj ciasto łyżką i roluj je w dłoniach do uzyskania odpowiedniego kształtu. Posyp kulki wiórkami kokosowymi i podawaj polane mlekiem kokosowym. Gotowe! Teraz, gdy podróżowanie jest utrudnione, staram się zaprosić jak najwięcej atmosfery Azji nie tylko do mojej łazienki (w końcu także dlatego stworzyłam Orientanę!), ale i kuchni. Indyjskie kulki laddu nadają się do tego idealnie – pięknie pachną kardamonem i pistacjami i… świetnie smakują polane moim ukochanym mlekiem kokosowym. A do tego przygotowuje się je naprawdę łatwo, na jednej patelni, w niecałe pół godziny – tylko oczekiwanie, aż ostygną, jest trudne, bo chciałoby się je pałaszować natychmiast… Laddu to rodzaj pączków, przygotowanych najczęściej z którejś z mąk strączkowych, ale też i pszennej, a nawet z wiórków kokosowych – ta ostatnia odmiana stanowiła tradycyjną słodkość, którą przed wyjazdem obdarowywano wojowników i podróżników wyruszających w drogę. Miała przynosić im szczęście i wróżyć bezpieczne osiągnięcie dalekich celów. Czy to nie piękna wróżba także i dla nas? Lżejszą od kokosowych (i mniej kaloryczną, choć w przypadku laddu o kaloriach mówić nawet nie wypada!) odmianą pączków jest moja ulubiona, przygotowywana na bazie mąki z ciecierzycy. Besan laddu, bo tak nazywa się deser, który dziś Wam przedstawiam, oprócz wysokiej kaloryczności może pochwalić się też, dla równowagi, wysoką wartością odżywczą. I choć nie da się go jeść na co dzień, bo jest dość ciężkostrawny, doceńmy wysoką zawartość białka w mące z cieciorki oraz wartości prozdrowotne pistacji, które są ich drugim ważnym składnikiem. I właściwie ostatnim, bo do smaku potrzebny jest jeszcze tylko cukier trzcinowy, kardamon i… tyle, nie licząc tłuszczu, na którym smaży się indyjskie pączki. W wersji klasycznej jest to masło klarowane i gorąco do jego używania zachęcam, bo nie dość, że ma wspaniały, arcymaślany zapach, to jeszcze wysoką temperaturę dymienia i może być stosowane przez osoby nietolerujące nabiału. Laddu można jednak smażyć także na każdym innym oleju – byle smakowitym, np. kokosowym. Kiedy goście przyjadą, poinstruuj ich, by nie rzucali się na kuleczki w pierwszej kolejności. Są tak słodkie, że lepiej zostawić je na wielki finał słodkiego przyjęcia. Będzie sukces, gwarantuję! W Indiach laddu cieszą się tak wielkim powodzeniem, że można je kupić nawet mrożone to odsmażenia w domu… Ale to trochę odjęłoby atmosferze świąt uroku, prawda?
Lato jest już tylko wspomnieniem. Zrobiło się chłodno, wróciliśmy do zwykłego, napiętego grafiku zajęć… i, stając na wadze, dochodzimy do wniosku, że czas zapłacić za żywieniowe wakacyjne grzeszki ;). Niestety, wraz z latem nie odeszło zagrożenie związane z pandemicznym wirusem i jesienna depresja. Co z tym wszystkim zrobić? Moja odpowiedź jest taka – przygotuj odpowiednie ziółka! I to, jak zawsze u mnie, ja przygotowuję te sprawdzone i rodem z cudownej Azji. Dlatego dziś mam dla was przepis na oczyszczający organizm i wzmacniający siły witalne napar z imbiru, trawy cytrynowej i cytryny. W Indiach zna go każda kobieta! A każda hinduska mama daje taki napój dziecku – na odporność, na poprawę nastroju, na lepsze wyniki w nauce – i dla odrobiny ciszy, bo to picie tak pyszne, że lekko osłodzone z powodzeniem zaspokaja nieustającą dziecięcą potrzebę deseru (i choć na chwilę zamyka marudzące buzie;)). Bazą napoju jest imbir. Dużo imbiru! Lista jego prozdrowotnych właściwości jest bardzo długa. Otwiera ją sensacyjna, ale czekająca wciąż na szersze badania zdolność hamowania rozwoju komórek nowotworowych. Wiele badań potwierdziło już za to, że imbir łagodzi mdłości i zmniejsza stany zapalne mięśni oraz stawów, a także reguluje pracę układu pokarmowego, działając rozkurczowo i żółciopędnie. Poprawia też ukrwienie wszystkich tkanek, co wpływa na dobrostan nie tylko całego organizmu, ale także i mózgu, dzięki czemu pracuje on dużo wydajniej – to dlatego po szklaneczce imbirowego naparu koncentrujemy się łatwiej i zapamiętujemy więcej, zupełnie jak po filiżance mocnej kawy. Do naparu dodajemy także trawę cytrynową. To ona odpowiada za jego egzotyczny smak. Ma właściwości antybakteryjne i jest silnym antyoksydantem, dzięki czemu wzmacnia i odmładza organizm. Zawiera mnóstwo witamin, a także bardzo potrzebny nam dziewczynom kwas foliowy, magnez, cynk, miedź, potas, żelazo, fosfor… Skutecznie leczy też dolegliwości trawienne – przynosi ulgę nie tylko w przypadku zaparć czy wzdęć, ale nawet schorzeń żołądka! I co ważne w dzisiejszych niewesołych czasach – pozytywnie wpływa na układ oddechowy i koi ból gardła. Nie mówiąc już o tym, że działa łagodząco w przypadku bólu mięśni! W sezonie grypowym warto o tym pamiętać. Tak jak o tym, że regularne popijanie naparu z trawy cytrynowej obniża ciśnienie krwi i… uspokaja. Najbardziej znanym w naszych szerokościach geograficznych składnikiem ulubionego napoju Hindusek jest cytryna. Wiadomo: ma mnóstwo witaminy C, działa przeciwutleniająco i antyseptycznie – nie bez powodu my także dodajemy ją do herbaty, nie tylko podczas przeziębienia. Do zrobienia pysznego, wzmacniającego naparu potrzebujesz tylko tych trzech składników, ale, podobnie jak robią to w Azji, warto postawić na kulinarny freestyle. Dlatego do bazy, złożonej z kłącza imbiru wielkości palca (nie musisz go nawet obierać!), dwóch kłącz trawy cytrynowej i połowy cytryny (albo limonki, jeśli wolisz bardziej gorzkawe smaki), dodaj też według upodoba dużą szczyptę mielonego imbiru albo łyżkę miodu – tu polecam spadziowy lub gryczany o nieoczywistych nutach smakowych. Jak to zatem zrobić? Jak to u mnie w kuchni, szybko i łatwo ;). Trawę cytrynową pokrój na kawałki o długości dwóch centymetrów, imbir posiekaj lub rozgnieć. Wrzuć je do garnka i zalej dwiema szklankami wody. Gotuj przez 10 minut, a następnie lekko przestudź i wlej świeżo wyciśnięty sok cytrusowy. Dodatki, takie jak kardamon, lukrecję czy odrobinę cynamonu dorzuć pod koniec gotowania, a miód dopiero wtedy, gdy napar będzie nieco chłodniejszy – miej w pamięci, że miód traci swoje lecznicze właściwości w temperaturze powyżej 40 stopni. Napar popijaj na ciepło lub zimno – pierwsza wersja w kilka minut się rozgrzeje, a druga zadziała orzeźwiająco i świetnie zastąpi zwykłą wodę. Myślisz o jesiennym detoksie? Tylko bez szaleństw – jedz regularnie i zdrowo, organizm poradzi sobie sam. Ale nasz napar z imbiru skutecznie mu w tym pomoże!
Jest zdrowa dla umysłu, zwalcza stres, pomaga się wyciszyć, poprawia koncentrację, zwiększa zadowolenie z życia… O medytacji napisano i powiedziano tak dużo, że jej zalety znasz na pamięć. Tymczasem wciąż wydaje ci się, że jest ponad twoje siły i choć chciałabyś się jej nauczyć, nigdy ci się nie uda? Oto, jak zacząć. Zacznij pomalutku. Próbuj przez kilka minut dziennie, nie więcej! I nie musisz wcale siadać w pozycji lotosu lub nawet w siadzie skrzyżnym. Lepiej przyjąć wyprostowaną pozycję, ale możesz usiąść na krześle, a nawet, jeśli niewygoda będzie cię dekoncentrować, położyć się. Zadbaj o to, by nikt ci nie przeszkadzał, by wokół było względnie cicho i byś czuła się swobodnie. Spokojnie dasz radę bez przyćmionego światła, świecy i kadzidełek, chociaż kominek zapachowy polecam – podgrzewane w nim olejki eteryczne mają udowodnione dobroczynne działanie na mózg. Chociażby sosnowy zwiększa koncentrację, miętowy pobudza umysł, a lawendowy pomaga ukoić stres. Wszystko po to, by medytowało ci się łatwiej. ZACZNIJ POD OPIEKĄ... Możesz zacząć od medytacji prowadzonych. Znajdziesz je w internecie lub w aplikacjach na telefon. Jedną z najpopularniejszych jest Headspace, dzięki której podczas nauki medytacji nie musisz specjalnie się wysilać – lektor łagodnym głosem poprowadzi cię przez kilka-kilkanaście minut medytacji, podpowie, na czym skupić umysł, jak odszukać wrażenia płynące z ciała, usłyszeć głosy z otoczenia. Tak, to wszystko to jest już medytacja! Bo medytacja nie polega na całkowitym oczyszczeniu i wycofaniu umysłu. To przychodzi później, u bardzo zaawansowanych ;). Na początku to próba zauważania zjawisk, na które zwykle po prostu nie wystarcza nam uwagi – dźwięków, zapachów, odczuć, w końcu własnych, pojawiających się myśli i pozwalania im swobodnie przepływać – próba postrzegania swojego umysłu jak czystego nieba, po którym jak chmury przesuwają się myśli. Skomplikowane? Tylko na początku! ... ALBO W POJEDYNKĘ Możesz też próbować medytować bez pomocy prowadzącego. Zwłaszcza na początku wymaga to nieco więcej wysiłku, ale uczy większej samodzielności. Ma też tę zaletę, że kiedy już się wprawisz, będziesz w stanie medytować, kiedy chcesz, kiedy tylko znajdziesz spokojną chwilę – nawet na spacerze lub nawet zmywając naczynia. Póki jednak się uczysz, znajdź sobie spokojne miejsce. Zacznij od koncentracji na oddechu. Jeśli możesz, zamknij oczy lub skup wzrok na jednym punkcie w przestrzeni przed tobą – tylko bez wysiłku! Zacznij głębiej, powoli oddychać i obserwuj swoje wdechy i wydechy, a także towarzyszące im odczucia w ciele. Możesz dla zwiększenia skupienia powtarzać w myślach: “wiem, że robię wdech” oraz “wiem, że robię wydech”, położyć dłonie na żebrach i czuć ich unoszenie się wraz z nabieraniem powietrza i opadanie wraz z jego wydychaniem. Kiedy pojawią się myśli, łagodnie powróć umysłem do obserwacji oddechu. I… tyle. Pierwszych kilka “lekcji” medytacji tak właśnie wygląda. I, powtórzę, tak, to już jest medytacja! ODDECH DO PARY Możesz na tym poprzestać i po prostu delektować się coraz łatwiejszym wchodzeniem w stan skupienia. Możesz też spróbować pracy z oddechem. Siedząc prosto, wydłużaj go stopniowo, licząc do czterech przy każdym wdechu i sześciu na wydechu. Możesz też spróbować popularnego w technikach midfullness “oddechu kwadratowego”. Polega on na tym, że liczysz do czterech biorąc wdech, zatrzymujesz powietrze w płucach, też licząc do czterech, wydychasz je, licząc znów do czterech, i licząc do czterech pozostajesz na bezdechu. Powtarzanie takiego cyklu szybko stabilizuje umysł i balansuje pracę dwóch półkul mózgowych, co w dłuższej perspektywie daje wspaniałe skutki dla całego organizmu. Tyle na początek. Z czasem wszystko stanie się bardziej naturalne. I jak niedawno poradził mi znajomy nauczyciel medytacji – kiedy siadasz do medytowania, miej przy sobie notes i ołówek. Duża szansa, że jakiś wspaniały pomysł przyjdzie ci do głowy właśnie teraz! Tak to z pustki może wyłonić się coś wspaniałego ! Ale… Najważniejsze jest zacząć. Spróbuj medytacji i zacznij już dziś
Czy wiesz, czym jest glinka porcelanowa i jakie ma działanie na ludzką skórę? Kosmetyki naturalne z glinką porcelanową mają zbawienny wpływ na kondycję skóry przede wszystkim dlatego, że zawarte w nich składniki aktywne dostarczają skórze niezbędnych mikro i makro elementów oraz cennych witamin. Biała glinka jest znana też jako: kaolin, glinka chińska, glinka kaolinowa, glinka porcelanowa. Biała glinka kaolin to naturalny składnik wydobywany prosto ze skał osadowych zawierających m.in takie substancje jak kaolinit, mika i kwarc. CZYM JEST KAOLIN? Glinka porcelanowa, czyli kaolin to drogocenny minerał, który ze względu na swoje właściwości często wykorzystuje się w kosmetyce. Nazwa farmaceutyczna kaolinu pochodzi od chińskiej góry Kao-ling, z której po raz pierwszy wydobyto białą glinkę. Pierwszą glinkę wykorzystano do produkcji porcelany! Glinka jest wydobywana z naturalnych skał w kopalniach w Azji, ale także można ją spotkać w Europie – we Francji, Niemczech czy Rosji. Jednak ta azjatycka jest najlepsza! Glinka po zebraniu jest dokładnie suszona na słońcu, czyli w naturalnych warunkach i dokładnie rozdrabniana. Właśnie dlatego dotykając glinki, możesz odnieść wrażenie, że jest ona delikatnie ziarnista. Po przygotowaniu konsystencja glinki jest bardzo delikatna, przypominająca bardzo delikatny proszek, aksamitny w dotyku. Glinka kaolinowa składa się z bardzo wielu cennych mikroelementów takich jak: wapń, potas, sód, żelazo, magnez, mangan, cynk, krzem i wielu soli mineralnych, dlatego jest bezcenna dla skóry. JAKI WPŁYW NA SKÓRĘ MA GLINKA PORCELANOWA? Biała glinka to bardzo delikatna i najjaśniejsza ze wszystkich glinek stosowanych w kosmetologii. Dlaczego jej stosowanie jest takie wartościowe dla skóry? Przede wszystkim biała glinka składa się z naturalnego minerału, czyli krzemianu glinu, który jest wydobywany ze skał w kopalniach. Glinka kaolinowa jest odpowiednia do każdego rodzaju cery, dzięki temu, że jest antyalergiczna i w pełni naturalna. Pochodzi z wnętrza ziemi i jest naturalnym produktem wydobywanym ze skał osadowych. W kosmetologii glinka kaolinowa jest stosowana do pielęgnacji suchej i wrażliwej skóry, ale ze względu na swoje właściwości oraz połączenie jej z odpowiednimi ekstraktami roślinnymi sprawa, że będzie odpowiednia do każdego typu cery. Skutecznie pomaga w gojeniu ran i wykazuje działanie zabliźniające. JAK STOSOWANIE KOSMETYKÓW Z BIAŁĄ GLINKĄ MOŻE POMÓC TWOJEJ SKÓRZE Przede wszystkim glinka porcelanowa skutecznie zwęża pory, działa na skórę w sposób ściągający i wygładza cerę. To nieoceniona pomoc w rewitalizacji skóry twarzy. To wspaniałe wsparcie dla skóry w codziennej pielęgnacji i odżywianiu. Stosowanie kosmetyków naturalnych z glinką pomaga zregenerować skórę i skutecznie zapobiega zaskórnikom i zmarszczkom. Ze względu na te właściwości i ich wpływ na skórę, warto wybierać wyłącznie kosmetyki naturalne do twarzy. Glinka porcelanowa pomaga Twojej skórze w: skutecznym zapobieganiu powstawania zaskórników i zmarszczek na skórze, skutecznym oczyszczeniu skóry regularnym usuwaniu toksyn, stałym nawilżaniu skóry w ważne składniki odżywcze, witaminy mikroelementy, usuwaniu martwych komórek i wspomaganiu procesu regeneracji tkanek, odświeżaniu skóry twarzy i głowy, modelowaniu sylwetki i redukcji cellulitu, delikatnym ujędrnianiu skóry, redukowaniu blizn skórnych i przebarwień na powierzchni skóry, zapobieganiu nadmiernej potliwości skóry, ochronie przed przetłuszczaniem się włosów i skóry głowy. JAKIE ZASTOSOWANIE MA GLINKA PORCELANOWA? Glinka kaolinowa jest składnikiem kremów do twarzy, maseczek, preparatów kosmetycznych, kosmetyków kolorowych, jak i jest to idealna baza do tworzenia własnych, domowych kosmetyków. Kaolin, czyli glinka porcelanowa jest bardzo często stosowana do produkcji kosmetyków naturalnych ze względu na to, że to bardzo wartościowy produkt dla ludzkiej skóry. Często jest wykorzystywana do produkcji pudrów, posypek, toników. Kaolin stosowany jest w budownictwie, medycynie, farmacji. GLINKA KAOLINOWA W LECZENIU CHORÓB Kaolin jako glinka wspomaga również utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi i oczyszczanie organizmu. To przydatny produkt w walce z przeziębieniami. Charakteryzuje się działaniem oczyszczającym i osłonowym, łagodzi podrażnienia jelit i jest wsparciem dla procesów w nich zachodzących. Glinkę można spożywać w formie płynnej, a zarazem uzupełnić łatwo poziom elektrolitów w organizmie. Można ją również stosować jako okłady na podrażnioną skórę, aby złagodzić odczuwany ból. Wspomaga proces odtruwania organizmu i jest składnikiem, który pomaga w sposób całkowicie naturalny czyścić zęby. To również dodatek stosowany w żywności zwierząt domowych takich jak psy i koty. JAKIE KOSMETYKI NATURALNE Z GLINKĄ WYBRAĆ? Szukasz kosmetyków naturalnych zawierających glinkę i nie wiesz, co wybrać? W codziennym oczyszczaniu skóry twarzy i głębokim nawilżeniu cery mieszanej pomoże Ci Maska o formule gęstej pasty usuwa nadmiar łoju ze skóry twarzy i wszelkie zanieczyszczenia z powierzchni skóry. Następnie dokładnie nawilża i ujędrnia skórę, zmiękcza i wygładza, delikatnie rozświetla skórę, wygładza jej koloryt i odżywia skórę. Taka maseczka do twarzy z glinką jest polecana szczególnie kobietom o cerze mieszanej, aplikuje się ją na strefę T oraz tam gdzie od czasu do czasu pojawiają się niedoskonałości. Imbir skutecznie odżywia skórę, a trawa cytrynowa ją oczyszcza. Dla cery normalnej i suchej pomocna będzie naturalna maseczka z glinki z migdałem i szafranem wzbogacona o oleje roślinne, która działa bakteriobójczo na skórę, odżywia ją, nawilża i ujędrnia. Dzięki odpowiednim olejom nie przesusza skóry, a zadziała odżywczo i odświeżająco. Osoby posiadające cerę tłustą, szczególnie nastolatkowie czy mężczyźni także powinni wypróbować taki rodzaj maseczki. Dla nich odpowiednia będzie Naturalna maseczka z glinki neem i drzewo herbaciane. Mocno oczyści cerę, ograniczy wydzielanie sebum, podziała na stany zapalne i znacząco poprawi stan takiej skóry. KAOLIN - NATURALNY MINERAŁ W KOSMETYKACH IDEALNY DO KAŻDEGO TYPU CERY Czy wiesz, że właśnie biała glinka jest największym bogactwem wartościowych mikroelementów? To tłumaczy, dlaczego jest tak chętnie stosowana do produkcji kosmetyków. Już wiesz, że warto korzystać z naturalnych kosmetyków do twarzy i ciała, a w glince kaolinowej jest mnóstwo wartościowych i zbawiennych składników dla Twojej skóry. Skorzystaj z kosmetyków naturalnych z glinką, aby przekonać się o jej działaniu i sprawdzić, jaki ma wpływ na skórę. Wybierz odpowiedni rodzaj maseczki z glinki i ciesz się dogłębnie oczyszczoną i odżywioną skórą.
Zachęcam do poszukiwania zdrowia nie tylko w kosmetykach naturalnych. Jestem pewna, że skoro czytasz naszego bloga to równie ważne jest dla Ciebie zdrowe odżywianie. Jeśli warzywno-owocowe koktajle, cold brew, matcha, kombucha i inne modne, prozdrowotne napoje trochę Cię już nudzą to sięgnij po jeden z najważniejszych napojów według Ajurwedy. To herbata zwana masala tea lub “yogi tea” – ulubiony napój joginów i… milionów smakoszy w Azji, którzy doceniają lecznicze właściwości jego składników. I spokojnie, by go przygotować, nie potrzebujesz moździerza, kociołka zawieszonego nad żywym ogniem ani wielce egzotycznych, trudno dostępnych składników. Podaję tu świetny przepis dla początkujących! Ziołowe napary popijane jako remedium na najróżniejsze dolegliwości to dla wielu z nas nie jest nowa moda, ale to raczej powrót do naturalnych, sprawdzonych metod dbania o zdrowie, stosowanych od setek lat. Nawet w dobie zaawansowanej medycyny zioła mogą przysłużyć się chorym, wspierając ich terapię farmakologiczną. A nawet zupełnie jej zapobiec, jeśli stosowane są regularnie i od chwili pojawienia się różnych dolegliwości. Masala tea, jako mieszanka ziół i przypraw, działa na wielu frontach – oczyszcza organizm i krew, podsyca ogień trawienny (nazywany w ajurwedzie “agni”), rozgrzewa, przyspiesza krążenie krwi i limfy, reguluje trawienie, łagodzi niestrawność… a nawet, jak sugerują niektóre źródła, działa jak afrodyzjak (warto sprawdzić!). Jak przysłuży ci się masala tea, poza tym, że świetnie smakuje? Uzdrawia ciało, cieszy zmysły i koi umysł dzięki mocy tworzących ją składników. Zawiera imbir, cynamon, kardamon, czarny pieprz i goździki – czyli samo zdrowie! Po kolei i w największym skrócie: imbir ma właściwości przeciwutleniające, kardamon antybakteryjne, czarny pieprz wspiera metabolizm, cynamon wspomaga układ krwionośny i serce, a goździki zmniejszają stany zapalne. A wszystkie razem… bosko smakują. I równie bosko pachną – przekonasz się, że yogi tea wypełnia dom przepięknym, egzotycznym aromatem. I to na długie godziny! To na prawdę cudowny napój. Takie właśnie, naturalne napoje z przepisów Ajurwedy pozwalają nam podnieść odporność i cieszyć się zdrowiem przez długi czas. Uwaga ! Sprawdzone na sobie i na całej rodzinie. Ponieważ zależy mi, byście z dobrodziejstw masala tea skorzystali, a wiem, że dalekowschodnie receptury często odstraszają początkujących wysokim poziomem skomplikowania, podaję prosty przepis opracowany przez słynną amerykańską nauczycielkę jogi Adrienne Mishler. Prowadzi ona blog i kanał na YouTube “Yoga with Adrienne”, subskrybowany przez ponad siedem milionów osób na całym świecie! Warto zajrzeć – czeka tam ponad 500 nagrań lekcji jogi o różnym charakterze i na różnym poziomie zaawansowania. Prawdziwa skarbnica dobra! PRZEPIS NA MASALA TEA Masala tea znam z Indii ale tym razem przepis zaczerpnęłam od Adrienne. Pozwoli ci on przygotować masala tea w domu – i to w kilkanaście minut. Do dzieła! Czego potrzebujesz? dowolnego garnka o pojemności dwóch-trzech litrów; jednej – dwóch torebek ulubionej czarnej herbaty (no prościej się nie da!) lub podobnej ilości herbaty liściastej; 20 ziarenek czarnego pieprzu; 15 goździków; 3 lasek cynamonu; 20 ziarenek kardamonu; 8 plasterków świeżego imbiru. Zagotuj wodę w garnku. Jeśli masz ochotę, rozdrobnij przyprawy, utłucz je w moździerzu lub posiekaj na drobne kawałki… ale nie musisz tego robić. Wrzątek i tak wydobędzie ich smak i aromat! Do gotującej się wody wrzuć przyprawy i pozwól im “potańczyć” we wrzątku kilka minut. Następnie dorzuć torebki z herbatą lub jej liście i lekko przykrywając garnek, pogotuj całość 10-15 minut. Następnie odcedź resztki przypraw i herbaty i… voilà, gotowe! Herbatkę możesz popijać intensywną, “prosto z garnka”, lub traktować ją jako esencję do rozcieńczania, jeśli będzie zbyt intensywna w smaku. Na koniec dobra wiadomość: masala tea smakuje świetnie także na zimno. U nas w domu pije się ją także w upalne lato. Sprawdź w gorący dzień i daj znać, jak ci smakowało!
Joga sztuka życia? Sprawdźmy. Wszyscy chodzą na jogę i wszyscy ją polecają, tymczasem ty myślisz, że to tylko głębokie oddychanie i sporo nudy? Ten tekst jest dla ciebie. Bo… nie masz racji, a joga ma tyle twarzy, że któraś na pewno ci się spodoba. Oto krótki przewodnik po różnych stylach jogi, wśród których na pewno znajdziesz idealny dla siebie. Żeby je poznać, nie musisz odwiedzać kilkunastu różnych szkół – przeczytaj o nich! ASHTANGA Joga może uspokoić, pewnie. I rozluźnić napięte mięśnie, i zapewnić masaż narządom wewnętrznym. Ale może też porządnie zmęczyć! Taka jest ashtanga, jeden z najstarszych jogowych stylów. Jego kolebką jest miasto Mysore w Indiach. Dla ashtangi charakterystyczne jest, że na zajęciach wykonuje się asany w ściśle określonej sekwencji, zawsze takiej samej. Każda sesja zaczyna się od słynnych (i mocno rozgrzewających!) powitań słońca, a potem w czasie całych zajęć płynnie przechodzi się z pozycji do pozycji, w każdej zostając na pięć oddechów. Jesteś non stop w ruchu – tu liczy się flow! Jeśli niektóre pozycje są na początku zbyt trudne, nauczyciel proponuje łatwiejsze warianty. Mimo to warto zacząć od zajęć lub kursu dla początkujących – nazwy kolejnych asan podawane są zwykle w sanskrycie, łatwiej jest też praktykować, jeśli zna się ich kolejność na pamięć. To też spore ułatwienie dla tych, którzy lubią samodzielną praktykę podczas zajęć mysore, będących kwintesencją ashtangi – tu każdy praktykuje indywidualnie. W grupie, ale solo! VINYASA Inną odmianą jogi w stylu flow jest vinyasa. Tu nauczyciel ma większą swobodę – każde zajęcia wyglądają nieco inaczej i wszystko zależy od jego inwencji. Podobnie jak w ashtandze, cały czas pozostajesz w ruchu, który podąża za oddechem. Rodzajów vinyas jest dużo i są różne: spokojna slow, szybsza flow, dość ekstremalna power yoga – po niej zakwasy i zadyszka gwarantowane! JOGA WEDŁUG IYENGARA Zupełnym przeciwieństwem najbardziej dynamicznych odmian jogi jest spokojna, nieco rehabilitacyjna joga według Iyengara. Rehabilitacyjna, bo do wykonywania asan często używa się narzędzi – klocków, pasków, wałków, a nawet drabinek i krzeseł. Zwiększają one zakresy ruchu i pozwalają na bezpieczne, precyzyjne wykonanie pozycji – to ważne, bo trwa się w nich dłużej – kilka, a nawet kilkanaście minut. YIN YOGA Spokojną odmianą jogi jest też yin yoga. Na niej nie działasz ty, działa grawitacja! W rozciągających pozycjach zostajesz bardzo długo, pozwalając mięśniom na pełny relaks. Możesz się zdziwić, jak bardzo odżywcze dla mięśni jest czasem po prostu leżenie… Nieco inaczej jest w przypadku jogi dla kręgosłupa – tempo też jest powolne, ale nieco bardziej dynamiczne asany dobrane są tak, by wzmacniać mięśnie głębokie i muskularny gorset tułowia. Wygięcia do tyłu i skręty też mogą porządnie zmęczyć, uwierz… Ale twoje plecy ci za to podziękują – i to szybciej, niż myślisz. Dla tych, którzy szukają wrażeń i lubią nowości, jest joga w chustach – czyli w specjalnych hamakach podwieszonych do sufitu. Ma coś wspólnego z akrobatyką i (bardzo dużo!) z lataniem. Asany wykonywane są w powietrzu z jednym punktem podparcia na podłodze lub… całkowicie w powietrzu. Wygląda to pięknie, lekko i zwiewnie, ale mięśnie pracują! JOGA BIKRAM Innym mocnym przeżyciem może być joga bikram, zwana też hot yogą. W pomieszczeniu, w którym robi się po kolei zawsze tych samych 26 asan, jest 41 stopni. Sauna! Pot leje się strumieniami, ciało oczyszcza, a skóra wygładza i napina. Uwaga, to też jedyny rodzaj jogi, który pozwala (a nawet to zaleca!) na picie wody podczas zajęć. I ten, który najlepiej wzmacnia odporność! JOGA KUNDALINI Moce duchowe najlepiej za to kształtuje joga kundalini, najbardziej egzotyczna i ezoteryczna spośród opisanych tu rodzajów. Asany są dość łatwe i raczej dynamiczne niż statyczne – i wykonuje się je nawet kilka minut. To może być wyzwanie! Ich zadaniem jest odblokowanie czakr i wzmacnianie przepływu prany, czyli energii życiowej. Podczas zajęć śpiewa się matry i praktykuje pranajamę. Asan ułożone są w tzw. krije, czyli, w uproszczeniu, zestawy, mające wpływać na konkretne problemy fizyczne lub emocjonalne. Ta joga gwarantuje prawdziwą przemianę duchową. Jak się być może przekonasz, każda joga prowadzi do zmiany – zawsze na lepsze. Mi pomaga w codziennym funkcjonowaniu ale najbardziej w trudnych momentach. Pierwszy raz na zajęcia jogi poszłam 10 lat temu gdy postanowiłam produkować kosmetyki naturalne. I tak już ze mną została do dziś. Moja joga to Ashtanga. Jest ze mną zawsze, nawet gdy podróżuję po Azji.
Tygrysy na sprzedaż w Azji? Tak, to możliwe. Nazywam się Anna Wasilewska i stworzyłam markę Orientana. Moja marka oparta jest na azjatyckich składnikach. Może o niej słyszeliście? To kosmetyki naturalne. Pomysł na markę i składniki pochodzą z Azji. Tam spędziłam dużo czas. Od początku moich podróży po Azji najbardziej lubiłam udawać się do miejsc, gdzie w spokoju mogłam podziwiać azjatycka przyrodę i zobaczyć azjatyckie zwierzęta na wolności. Widziałam orangutany, słonie, tapiry, różnorodne ptaki i owady ale nigdy nie udało mi się zobaczyć tygrysa, chociaż tygrys to typowy mieszkaniec Azji – Azja jest jego ojczyzną. Największa dzika populacja żyje w Indiach, a w niektórych stanach Indii tygrysy są uważane za zwierzęta święte. Jeszcze 150 lat temu było ich w Azji sporo – oprócz Indii tygrys mieszkał w Bangladeszu, Indonezji, Malezji czy Tajlandii. Niestety, dziś na wolności żyje mniej niż 4 tysiące tygrysów. To 3% populacji, która kiedyś zamieszkiwała te tereny. Spośród 9 podgatunków tygrysa do 2020 roku przetrwało tylko 5. Przeczytajcie to raz jeszcze – do XXI wieku przetrwało mniej niż 4 tysiące tygrysów! I według ekspertów mamy tylko 10 lat aby uratować ten gatunek przed całkowitym wyginięciem. TYGRYSY NA SPRZEDAŻ - POLOWANIA Zanim zdaliśmy sobie sprawę, że populacja tygrysa maleje był on zwierzęciem, które zabijało się dla sportu. Popularne były wycieczki do Azji by wziąć udział w polowaniach. Dziś nie wolno polować na tygrysa, ale zakaz ten wprowadzono zbyt późno bo 1971 roku i nadal nie ma skutecznych sposobów aby ograniczyć kłusownictwo. A dopiero w 1986 roku tygrys został uznany jako gatunek zagrożony. Smutna prawda jest taka, że wszyscy w jakimś stopniu przyczyniamy się do drastycznego zmniejszania populacji tygrysa. Przede wszystkim odpowiada za to rabunkowa gospodarka dużych producentów – wycinanie lasów i zamienianie ich na pola uprawne lub pod fabryki, co powoduje jego wymarcie. Na przykład na Sumatrze gdzie wycina się dżunglę pod uprawę palm do produkcji oleju palmowego (sprawdźcie czy macie produkty z tym składnikiem w domu!) populacja tygrysa spadła drastycznie i jest już nie do odtworzenia. Istotnym zagrożeniem jest nadal kłusownictwo. Czy wiecie, że na świecie nadal są ludzie którzy chcą mieć skórę tygrysa na podłodze w salonie lub jego kieł na biurku? Skóra z tygrysa bengalskiego, tego najpiękniejszego na czarnym rynku osiąga zawrotną cenę 60 tys. Euro i nadal są chętni. Okropne, prawda? TYGRYSY NA SPRZEDAŻ - NATURALNA MEDYCYNA Nadal sporym zagrożeniem jest też stosowanie sproszkowanych kości tygrysa w naturalnej medycynie. Pomimo iż Światowa Federacja Stowarzyszeń Medycyny Chińskiej szeroko informowała, iż nie ma dowodów na skuteczność preparatów z tygrysa, to nadal wiara w jego moc jest wielka. I pomimo, iż w 1993 roku rząd chiński zakazał stosowania specyfików z tygrysa to całkiem niedawno uchylił tę decyzję. Władze Chin zdecydowały, iż można stosować kości tygrysa o ile pochodzą od tygrysa z hodowli. Jednak trudno jest monitorować pochodzenie tygrysa, a wiemy, że istnieją zorganizowane gangi, które zabijają zwierzęta na wolności i przemycają części ciała tygrysa do producentów leków. Czy pamiętacie historię o tygrysach uratowanych przez Poznańskie Zoo ? Dziś wiemy, że te tygrysy jechały na pewną śmierć. Były to tygrysy z hodowli, a odbiorca czekał właśnie na ich kości. TYGRYSY NA SPRZEDAŻ - SANKTUARIA DLA TURYSTÓW O ciemnej stronie azjatyckiej turystyki, która traktuje przedmiotowo dzikie zwierzęta, w tym tygrysy możecie poczytać we wcześniejszym moim wpisie. Tygrysy są przetrzymywane w tzw. "schroniskach" gdzie turyści mogą robić sobie z nimi zdjęcia. Żyją jako niewolnicy przemysłu turystycznego - wcześniej zabrane matce, trzymane w skandalicznych warunkach, faszerowane lekami uspokajanymi i wypuszczane do turystów, którzy z uśmiechem robią sobie z nimi selfie i potem publikują na social mediach. Tak wiele osób nie wie, że przyczynia się do ginięcia tygrysów jednym zdjęciem. Dlatego tak bardzo spodobała mi się akcja Instagrama. Instagram ogłosił, że dodaje ostrzeżenia dotyczące treści do selfie, które zawierają dzikie zwierzęta, np. tygrysy. Angielski hasztag "selfie z tygrysem" jest przez Instagrama monitorowany, a kiedy go wyszukujesz pojawia się komunikat edukacyjny co się za takim selfie naprawdę kryje. Z reguły pojawia się ostrzeżenie, które brzmi: „Szukasz hashtagu, który może być powiązany z postami, które zachęcają do szkodliwych zachowań w stosunku do zwierząt lub środowiska naturalnego”. Podobną akcję przeprowadza też Tinder bo okazuje się, że selfie z dzikimi zwierzętami jest na Tinderze dość modne. Na razie Tinder i Instagram nie usuwają selfie ale Instagram zaczął usuwać obrazy przedstawiające znęcanie się nad zwierzętami lub sprzedaż zagrożonych zwierząt i współpracuje z organizacjami, w tym World Wildlife Fund (WWF) i TRAFFIC w zakresie egzekwowania prawa. Smutne jest to jak my ludzie nie szanujemy przyrody, jak ją eksploatujemy i jak zawładnęliśmy życiem zwierząt. Nie tylko w Azji.
Azjatyckie zwierzęta - wszyscy je kochamy. Mój post jest inspirowany zdjęciami na Facebooku. Muszę zabrać głos. Zwiedzając kolorową i bogatą przyrodniczo Azję często mamy okazję „być blisko natury” w sposób, który tę naturę krzywdzi. W większości przypadków nie zdajemy sobie z tego sprawy, co wiem z rozmów ze znajomymi. Wasze intencje są czyste, ale nie wiecie, że za zbliżeniem się do azjatyckiego zwierzątka stoi jego krzywda. Jeśli robicie sobie selfie ze zwierzątkiem, głaszczcie je lub jeździcie na nim – uważajcie, bo życie tego zwierzęcia nie jest wcale takie przyjemne, a często jest okrutne. Często mamy do czynienia z tzw. „animal exploitation” czyli wykorzystaniem zwierząt przez człowieka głównie w celu zarobkowym. Często „animal sanctuary” – brzmi pięknie, ale nie jest prawdą. Według danych, do których miałam dostęp, na całym świecie około 550 tysięcy dzikich zwierząt cierpi z powodu wykorzystania w przemyśle turystycznym. Mnie ta liczba przeraża. Potrzeba edukacji – mam nadzieje, że mi pomożecie i będziecie rozsyłać ten wpis szeroko. PONIŻEJ KILKA PRZYKŁADÓW JAZDA NA SŁONIU Atrakcja bardzo popularna w Tajlandii i widzę z publikacji na Facebooku, że turyści się nią chwalą. Nie wierzcie, że słonie, która spotykacie w pozornie otwartych przestrzeniach w tzw. Azylach lub parkach zostały uratowane lub ludzie w jakiś sposób im pomagają. Zwykle to słonie porwane do niewoli, bite do krwi palikami z ostrymi zakończeniami, tresowane aż staną się posłuszne. Po tym, jak słoń, który nosił odwiedzających wokół Angkor Wat, zmarł na atak serca, a sprawa została nagłośniona w mediach – zaprzestano tam przejażdżek na słoniu, ale można jeździć gdzie indziej. Nie róbmy tego. Czy ty też chciałbyś żyć w niewoli i nosić na plecach ciężary? ROZGWIAZDY I INNE MORSKIE ZWIERZĄTKA Nie wyjmujmy ich nigdy z wody do zdjęć. Rozgwiazdy umierają gdy pozostają poza wodą nawet przez kilka sekund. Skóra rozgwiazdy jest gruba, ale ma żołądek na górze. Przy wyjęciu z wody, woda z żołądka wypłynie i tylko, gdy umiejętnie odłożysz ją odwrotnie to powietrze wydostanie się z żołądka. W innym przypadku powietrze pozostanie w środku powodując silny ból. W Azji mamy możliwość nurkowania i oglądania przepięknych wodnych krajobrazów. Możemy z bliska zobaczyć kolorowe wspaniałe stworzenia. To, co podziwiamy niejednokrotnie było tworzone przez naturę bardzo długo, a tak łatwo to zniszczyć. Kolorowa rafa tworzy się dziesiątki lat i jest schronieniem dla tysięcy istnień. A może zostać zniszczona w sekundę. Nie dotykajmy, i nie zabierajmy niczego poza wodę ze sobą. SELFIE Z TYGRYSEM Wspaniale jest oglądać tygrysy na wolności ale jest to trudne i skomplikowane. Dlatego powstały takie atrakcje jak tygrysie „schroniska”, które udają że pomagają zwierzętom, a tak naprawdę to typowy biznes turystyczny. Są popularne w Tajlandii, gdzie powstały nawet franczyzy takich ośrodków. Ich celem jest osiągnięcie zysku, a nie na interes tygrysów. Opłata kilkunastu dolarów za zbliżenie się do tygrysa nie jest wysoka, można też wybrać tygrysa – od młodego do dorosłego. Czy ktoś się zastanawiał jak to się dzieje, że tygrysy są tak łagodne i chętnie siedzą cicho, a wokół ludzie robią sobie z nimi zdjęcia? Po pierwsze, młode są pobierane od matek często bardzo wcześnie i wychowywane przez ludzi. To sprawia, że są skazane na całkowite uzależnienie człowieka w zakresie pożywienia i nie będą samodzielne na wolności. Tygrysy trzymane są w klatkach przez cały dzień, z wyjątkiem sytuacji, gdy są one zabierane na zdjęcia. W większości przypadków są też faszerowane lekami i narkotykami, które powodują iż są spokojne i jakby uśpione. Czy selfie z tygrysem jest warte jego zniewolenia? PŁYWANIE Z DELFINAMI Nie mam tu na myśli tak oczywistej rzeczy jak delfinaria czy wodne parki rozrywki gdzie tresuje się zwierzęta, ale pływanie w pozornie odkrytej przestrzeni, które może wyglądać nieszkodliwie. Delfiny to zwierzęta kochające wolność, które ciągle przemieszczają się na akwenach. Dzikie nie podpłyną do brzegu. W ośrodkach oferujących pływanie z delfinami bardzo często delfiny przetrzymywane są w małych basenach, otoczonych poszarpanymi, zardzewiałymi płotami lub w pobliżu kanałów ściekowych lub w płytkiej lagunie aby nie mogły odpłynąć. Mogą być karmione zepsutymi rybami i cierpią z powodu chorób i głodu. Większość zagranicznych obiektów chwyta swoje delfiny bezpośrednio z otwartych akwenów. Wychwytywanie jest bardzo traumatyczne dla dzikich delfinów i może powodować często śmiertelną chorobę zwaną chwytaniem stresu. PLANTACJE KAWY - LUWAK COFFEE To najdroższa kawa na świecie, a duża jej część pochodzi z Bali. To dosłownie kawa zrobiona z kupy zwierzątka zwanego luwak. Kiedyś kawa była rzeczywiście produkowana z odchodów występujących w naturze, ale ze względu na wzrost popytu „produkcja” została uprzemysłowiona. Zwierzęta trzymane są w małych klatkach jak kury w hodowli klatkowej, są smutne i nieszczęśliwe. Nigdy nie wychodzą na trawę i są zmuszane do jedzenia nienaturalnej ilości jedzenia aby produkowały dużo odchodów. Wszystko po to, żeby ludzie mogli napić się tej drogiej kawy! Mam nadzieję, że tym wpisem otworzyłam Wam choć trochę oczy. Tworząc markę Orientana od samego początku zakładałam, że będę produkować kosmetyki nietestowane na zwierzętach (jeszcze zanim nakazała tego Unia Europejska) i powstałe bez jakiejkolwiek krzywdy zwierząt. Miejcie na uwadze, że podobne „atrakcje” ze zwierzętami pojawiają się na każdym kontynencie. Podzielcie się więc tym wpisem bo chciałabym aby te informacje dotarły do jak najszerszego grona.
16 i 17 listopada już kolejny raz moja marka Orientana brała udział w targach kosmetyków naturalnych Ekocuda w Warszawie. Jesteśmy związani z tym konceptem od samego początku – czyli od siedmiu lat! Pamiętam, że pomysł od razu się sprawdził i w Domu Braci Jabłkowskich od pierwszej edycji były tłumy zwiedzających i kupujących. Kilka lat temu rynek kosmetyków naturalnych był już na fali wznoszącej i oczywiste było duże zainteresowanie kosmetykami jak i rosnąca ilość producentów i importerów. Dziś jest ich jeszcze więcej! I tym razem w Centrum Praskim Koneser przez dwa dni były tłumy entuzjastów kosmetyków naturalnych. W tegorocznej jesiennej edycji brało udział około 200 firm, a odwiedziło je około 27 000 osób. Nadal większość wystawców to małe marki, dla których to świetne miejsce do zaprezentowania się. Dla klientów to wspaniała możliwość przetestowania różnych naturalnych kosmetyków w jednym miejscu. NATURALNE MYDŁA. PEELINGI DO CIAŁA I MASŁA DO CIAŁĄ Najwięcej wystawiających się firm ma w ofercie naturalne mydła w kostce. Mydło jest najprostszym kosmetykiem do wykonania, choć pracochłonnym. W ofercie wystawiających się firm przeważały różne rodzaje mydeł, o różnych zapachach i kolorach. Sporo było też peelingow i balsamów do ciała. Te rodzaje kosmetyków stosunkowo łatwo jest wykonać bez większych inwestycji w produkcję. Mają proste receptury i właściwie każdy kto ma czas i kupi odpowiednie składniki sam wykona te naturalne kosmetyki w domu. Większe marki prezentowały swoje nowości. Orientana pokazywała najnowsze naturalne maseczki Glow. SPOTKANIE Z EKSPERTEM Dla wielu klientów Ekocuda to sposób na poznanie marki kosmetycznej ale także uzyskanie fachowej kosmetycznej porady. Aby nie być gołosłownym – na stoisku Orientana od lat pracują najlepsze ekspertki. Nie są to przypadkowe osoby ale takie, które wiedzą o naszych kosmetykach wszystko, mają wykształcenie kosmetyczne i potrafią znaleźć rozwiązanie najtrudniejszego problemu. Pomogą ustawić naturalną pielęgnację twarzy, włosów i ciała. Czy wiecie, że wszystkie nasze dziewczyny, które nie są blondynkami farbują włosy henną? Od nich dowiecie się jak hennę używać, na co zwracać uwagę i jak dobierać kolory. W końcu praktyka czyni mistrza! Mamy stały zespól od lat i z ręką na sercu mogę ręczyć za ich wiedzę. EKOLOGICZNE ROZWĄZANIA ZERO WASTE Ekocuda to nie tylko targi kosmetyków naturalnych ale także targi ekologicznych rozwiązań i naturalnego stylu życia. Na targach od jakiegoś czasu wystawia się firma Stojo oferująca kubki. To produkt, który pozwoli nam być zerowaste. Nie będziecie już potrzebować plastikowego czy papierowego kubka na przykład na kawę. Ja swój kubek Stojo mam od jakiegoś roku, noszę go w torebce gdyż składa się go do wysokości ok 2 cm. Jeśli go potrzebuję to po prostu wyjmuję, rozciągam, podstawiam pod ekspres i zamykam. Jest szczelny i pozwolił mi wyzwolić się od jednorazowych kubków. Polecam! Moją uwagę na Ekocudach przykuła marka Plantale, która robi poduszki wypchane roślinnymi składnikami. W ofercie znajdziecie poduszki z łuską gryki, łuską orkiszu, łuską płaskunki, a nawet pestkami wiśni! Te roślinne wypełniacze pochodzą z certyfikowanych upraw i mają właściwości zdrowotne. Po pierwsze idealnie dopasowują się do kształtu ciała, wypełniają przestrzeń pod szyją i dzięki temu utrzymują kręgosłup w prostej pozycji, relaksują napięte mięśnie, pomagają pozbyć się migreny i dają lepszy sen. Brzmi naturalnie idealnie! Oprócz typowych poduszek mają jeszcze termofory z pestkami wiśni, które podgrzewa się w piekarniku i nakłada (są długie) jak szal na szyję. Wypróbowałam taką poduszkę – niesamowicie rozluźnia mięśnie. To must-have dla osób cierpiących na bóle pleców! Polecam Wam także na Ekocudach kupić woskowijki – to doskonała alternatywa dla folii aluminiowej i woreczków jednorazowych. Proste w użyciu, wielorazowego użytku i naturalne. Ja swoich używam od lat. Ekocuda to targi kosmetyków naturalnych, które odbywają się także winnych miastach. Możecie w nich uczestniczyć także w Poznaniu i Gdańsku.
Twój koszyk jest obecnie pusty.
Nie wiesz co wybrać?Sprawdź